Japonia

Co się stało z chrześcijaństwem w Japonii?

Japonia jest krajem, w którym bardziej od jakiejkolwiek religii rządzi kult pracy i dóbr materialnych. Mimo że zdecydowanie najpopularniejszą religią jest buddyzm i shinto, to sami Japończycy przyznają, że ma to bardziej związek z tradycją niż wiarą. Nawet buddyjscy kapłani skarżą się na to, że nie potrafią przekonać mieszkańców Japonii do rzeczywistego uwierzenia w dogmaty ich religii.

Duży problem ma także Kościół katolicki, który zauważa, że chrystianizacja Japonii idzie bardzo mozolnie. Jest to spowodowane faktem, że kultura Kraju Kwitnącej Wiśni jest przystosowana do synkretyzmu. Ten sam problem dostrzegli już pierwsi misjonarze, którzy w XVI wieku zawitali do japońskich brzegów. Nie zaprzestali jednak głosić Dobrej Nowiny, a z czasem osiągali tak dobre wyniki, że chrześcijaństwo miało szansę zdominować Japonię i stać się religią państwową.

Co jednak musiało się wydarzyć, że współczesna Japonia jest krajem tak mało religijnym, a chrześcijaństwo – mimo sporych nakładów finansowych – ma problem z zapuszczeniem tam korzeni? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musimy cofnąć się do roku 1543, kiedy to na chińskiej dżonce do Tanegashimy zawitało kilku portugalskich kupców.

Od razu wzbudzili oni zaciekawienie Japończyków, gdyż ci po raz pierwszy widzieli kogoś ze Starego Kontynentu. Portugalczycy po dwumiesięcznym pobycie w Japonii wrócili do Chin i zaczęli opowiadać o swojej podróży. Jak się można było spodziewać, w następnych latach rozpoczęły się regularne „wycieczki” do kraju samurajów. Nas jednak interesuje rok 1549, kiedy to Franciszek Ksawery, zwany „apostołem Wschodu”, jeden z założycieli zakonu jezuitów, przywiózł do Japonii Biblię.

Początki działalności misjonarskiej

Ksawery zabrał ze sobą dwóch hiszpańskich jezuitów, a także trzech japońskich konwertytów, którzy po ucieczce z Kagoshimy (jeden z nich był zamieszany w zabójstwo) spotkali Franciszka i uwierzyli w Jezusa. Początkowo przypadki nawróceń były jednak bardzo nieliczne, problem stanowiła bariera językowa. Ich jedyną pomocą byli japońscy konwertyci, którzy próbowali wytłumaczyć mieszkańcom ideę jednego Boga. Było to o tyle trudne, że Japończycy tej koncepcji zupełnie nie znali. W dodatku konwertyta Yajiro, chcąc ułatwić swoim rodakom zrozumienie zasad chrześcijaństwa, porównał Boga do jego buddyjskiego odpowiednika. Sprawiło to, że mieszkańcy uznali, że misjonarze głoszą inny odłam buddyzmu. Przybysze zrozumieli wtedy, że bez wspólnego języka nie wpoi się nikomu zasad wiary. Od tej pory zaczęto więc przykładać się do nauki japońskiego.

Zaletą funkcjonowania Japonii w tym czasie był fakt, że centralnej władzy praktycznie nie było, a państwo było podzielone na autonomiczne obszary, którymi rządzili panowie feudalni zwani daimyo. Oznaczało to, że brak zgody na działalność misjonarską ze strony jednego daimyo, nie oznaczał klęski całej misji. Chrześcijanie mogli się po prostu udać na teren innego przywódcy.

W ten sposób Franciszek Ksawery spotkał się z Takahisą Shimazu, bardzo wpływowym daimyo. Ten, licząc na korzyści finansowe wynikające z handlu, zezwolił jezuicie nawracać swoich poddanych. Niestety, agresywne lobby buddyjskie oraz kłopoty z nawiązaniem relacji handlowych, spowodowały, że Shimazu zmienił zdanie i zabronił chrześcijanom działać.

Ci jednak nie zrazili się niepowodzeniem i udali się do Hirado. Tamtejszy daimyo był przychylniejszy misjonarzom. Franciszek Ksawery myślał jednak długoterminowo, dlatego dość szybko ruszył dalej, do Yamaguchi. Jego celem było zbudowanie Kościoła, a także pójście na intelektualną dyskusję z buddyjskimi uczonymi, którą jako osoba wykształcona, miał bez problemu wygrać. Misjonarze wśród mieszkańców budzili różne emocje, głównie jednak zaciekawienie. Dlatego też szybko udało im się uzyskać audiencję u daimyo tego regionu, to jest Yoshitaki Ouchiego. Niestety, w momencie, gdy misjonarze potępili stosunki analne, daimyo przerwał wizytę (najprawdopodobniej przez to, że sam ów grzech popełniał). Musieli więc znowu wędrować, docierając do Sakai i Kioto. Także i w tym miejscu działalność chrześcijan zakończyła się fiaskiem. Pogrążeni w strachu przed wojną mieszkańcy nie interesowali się Dobrą Nowiną, a miejscowi przywódcy i kapłani nie zamierzali kontaktować się z duchownymi ze względu na ich stan materialny.

Ksawery zrozumiał, że jako ubogi duchowny nie zdziała zbyt wiele, dlatego też ubrał się w drogie szaty i ponownie zagościł u Yoshitaki Ouchiego. Tym razem udało się uzyskać zgodę nie tylko na działalność misjonarską, ale także na otrzymanie na własność pobliskiej świątyni.

Jezuita działał do roku 1552 przez cały czas głosząc Dobrą Nowinę, przy jednoczesnym szykowaniu gruntu dla następnych misjonarzy. Uważał, że Japonia jest krajem, w którym przy umiejętnym działaniu, jest się w stanie wprowadzić chrześcijaństwo na stałe.

Franciszek Ksawery zostawił swojemu następcy – Cosme de Torresowi – około tysiąca nawróconych Japończyków. Działał z sukcesami, choć w jego misji nie zabrakło wielu przykrych incydentów. Władcy feudalni się zmieniali, a wraz z nimi zmieniało się także nastawienie do chrześcijan. W ten sposób rządy obejmowali daimyo nienawidzący i zwalczający wyznawców Chrystusa. Mimo kłopotów, Torres zjednał sobie wielu prostych mieszkańców, którzy uwierzyli w Zmartwychwstanie Jezusa i byli gotowi oddać za niego życie. Był to duży sukces, gdyż Japończycy często byli skłonni do zmieniania swojej religii, gdy miało to być dla nich korzystniejsze.

Przełom nastąpił w roku 1563, kiedy to w Kiusiu nawrócił się Sumitada Omura – tamtejszy daimyo. Przez kolejne pół wieku nawróciło się kilkadziesiąt innych daimyo. Jedni rzeczywiście uwierzyli w Dobrą Nowinę, choć część czyniła to z powodów czysto przyziemnych. Chrzest bowiem mógł pomóc władcom ustabilizować sobie relacje handlowe z Portugalczykami.

Nie mniej, nawrócenie się tak dużej liczby daimyo, powodowało nie tylko konwersje wszystkich ich dworzan, ale także samych poddanych. W ten sposób liczba chrześcijan rosła w bardzo szybkim tempie, tak, że w drugiej połowie XVI wieku było ich już 100 tysięcy – stanowiło to jednak i tak zaledwie 0,5% 20 milionowej populacji.

Polityka jezuitów polegająca na utrzymywaniu dobrych stosunków z z władcami feudalnymi przynosiła bardzo dobre skutki. Udało im się nawet zyskać przychylność Nobunagi Ody, najpotężniejszego człowieka tamtych czasów. Podczas debaty chrześcijan z buddystami Nobunaga poparł wyznawców Jezusa. Daleko było mu jednak do nawrócenia, uznał po prostu, że taka decyzja ułatwi mu relacje handlowe.

Daimyo nie tylko opowiedział się za chrześcijanami, ale począł także prześladować buddyzm. Ku uciesze jezuitów, bezwzględnie niszczył buddyjską kulturę. Tamtejsi kapłani byli bowiem bardzo zepsuci moralnie, co wzbudzało niechęć trzymającego się samurajskiej etyki Nobunagi.

Jednakże masowa chrystianizacja zaczęła budzić niepokój u jezuitów, bowiem konwersje były przeprowadzane na tak szeroką skalę, że brakło duchownych, którzy mogliby nauczać o zasadach wiary. W ten sposób duża część Japończyków nie miała za dużego pojęcia, co tak naprawdę wyznaje. Jezuici uznali jednak, że lepiej postawić na ilość niż jakość, bo zaistniał cień szansy na to, że cała Japonia może być wkrótce chrześcijańska.

Wiemy jednak, że tak się nie stało. Co zatem sprawiło, że tak dobrze rozwijająca się misja zakończyła się fiaskiem? Odpowiedzi musimy szukać w wydarzeniach z roku 1582, które stały się początkiem końca chrystianizacji Japonii.

Okres prześladowań

Przyjazny jezuitom Nobunaga został zaatakowany wtedy przez swojego generała, który sam zapragnął sprawować władzę. Doprowadził on do śmierci daimyo (który ostatecznie dokonał seppuku). Spalił on miasto, posiadłość Nobunagi i seminarium. Jednak to nie on przejął rządy, ale Hideyoshi Toyotomi, z którego rąk zginął kilka dni później. Hideyoshi zasłynął tym, że udało mu się zjednoczyć po wielu latach cały kraj.

Nowy władca początkowo kontynuował politykę Nobunagi Ody jednak jego przyjaźń do chrześcijan szybko się skończyła. Doszedł on bowiem do wniosku, że religia ta jest niebezpieczna dla jego własnych interesów. Zauważył, że jego poddani cenią są bardziej lojalność względem Boga niż jego samego. Wydał więc dekret, który nakazywał opuszczenie przez misjonarzy kraju. Był to ogromny cios dla jezuitów.

Decyzja Hideyoshiego nie była jednakże spowodowana tym, że nienawidził on chrześcijan. Chciał on po prostu usunąć z Japonii wszelkie elementy, które mogłyby mu przeszkodzić w sprawowaniu rządów i zapobiec inwazji jego wojsk na Koreę i Chiny. Dlatego, gdy zmarginalizował wpływy jezuitów, uznał, że już mu nie zagrażają, przez co zmniejszył represje wymierzone w ich stronę. W ten sposób duchowni mogli nadal działać (choć już nielegalnie) i dokonywać wielu konwersji.

W tych latach misji przewodniczył Alessandro Valignano, włoski jezuita. Zmienił on sposób chrystianizacji. Położył on jeszcze większy nacisk na naukę japońskiego i zaczął wyświęcać rodowitych kapłanów. Nakazał on także dostosowywać się do lokalnej kultury i zwyczajów.

Niestety, wkrótce prześladowania rozpoczęły się ze zdwojoną siłą. Do Kraju Kwitnącej Wiśni przybyli bowiem franciszkanie, którzy zaczęli otwarcie głosić naukę Jezusa. Nie mogło to ujść oku Hideyoshiego. A gdy usłyszał plotki, mówiących o tym, że Hiszpania i Portugalia wysyłają misjonarzy w celu skolonizowania Japonii, wpadł w furię. Odnowił dekret z Hakaty o wydaleniu chrześcijan i począł go egzekwować.

W konsekwencji w Nagasaki wydarzyły się rzeczy, które na zawsze wpisały się w historię Kościoła Katolickiego. Władze ukrzyżowały bowiem publicznie 26 osób – 24 Japończyków, Meksykanina i Hindusa.

Po śmierci Hideyoshiego, władzę przejął Ieyasu Tokugawa. Od tej pory jeszcze bardziej wzmogły się prześladowania. Tokugawa bowiem szybko zorientował się, że katolicy przyczyniają się do niszczenia rodzimych zwyczajów i wierzeń, a także dążą do całkowitej chrystianizacji Japonii. Podsycany jeszcze przez angielskiego protestanta Williama Adamsa, z którym się zaprzyjaźnił, rozpoczął gwałtowne prześladowania chrześcijan. Sporządził dokument, na mocy którego każdy misjonarz musiał opuścić kraj, a każdy konwertyta – dokonać apostazji.

Za czasów rządu Ieyasa kościoły były systematycznie plądrowane, a osoby, które nie chciały zaprzeć się Jezusa – gnębione i likwidowane. Nadzieja pojawiła się dopiero wtedy, gdy o władzę ubiegł się syn zmarłego Hideyoshiego Toyotomiego – Hideyori. Żył on w zamku swojego ojca, a kiedy dorósł, sprzeciwił się reżimowi Tokugawy. Ówczesny  władca postanowił więc rozprawić się z Hideyorim i jego zwolennikami. Walka ta była ważna dla chrześcijan, gdyż za murami twierdzi kryli się misjonarze, a podczas oblężenia obrońcy walczyli również pod chrześcijańskimi sztandarami.

Twierdza była tak dobrze zabezpieczona, że Ieyasu mimo 155-tysięcznej armii nie mógł jej zdobyć. Niestety, podstępem wycofał swoje wojska, wynegocjował rozejm, by później ponownie zaatakować zaskoczonych obrońców. I w ten sposób przepadła ostatnia nadzieja chrześcijan.

Misjonarze nie chcieli jednak zaprzepaścić tylu lat pracy. I w ten sposób, mimo że większość z nich opuściła Japonię, część zeszła do podziemi, by tam potajemnie nauczać i chrzcić. Oprócz tego na pokładzie chińskich statków przedostawali się kolejni księża.

I ten jednak precedens nie uszedł oku władzom. Hidetada Tokugawa – następca Ieyasu – w drakoński sposób postanowił go zakończyć. Wszystko po to, aby raz na zawsze wyeliminować postać Jezusa Chrystusa ze świadomości Japończyków.

Pojawił się jednak problem, ponieważ wszelkie działania władz nie przynosiły żadnego efektu – wręcz przeciwnie – ucisk tylko pogłębiał wiarę Japończyków, którzy poczęli nawet szukać okazji, by umrzeć śmiercią męczeńską. „Idą na męki jak na zabawę” – jak pisał o nich ojciec Organtino. Nawet wymyślne tortury i odpowiedzialność zbiorowa nie odstraszyły konwertytów. Mimo tego ich liczba i tak nieustannie się zmniejszała. Na początku XVII wieku było ich 300 tysięcy, piętnaście lat później – o połowę mniej.

W momencie, gdy władzę objął Iemitsu, trzeci szogun z dynastii Tokugawa, zdano sobie sprawę, że robienie z ludzi męczenników nie przynosi zamierzonego efektu. Zastosowana więc inne środki. W 1635 roku wprowadzono przymus rejestrowania się obywateli w buddyjskich świątyniach. Zaczęto także stosować praktykę zwaną „fumie”, to jest deptania symboli chrześcijańskich na znak wyrzeczenia się wiary. Dodatkowo obniżano morale konwertytów, poprzez rozgłaszanie przypadków osób, które odstąpiły od swojej wiary. Władze szczególnie cieszyły się z upadków księży. Egzekucje zamieniono na tortury i poniżenia, aby złamać psychicznie i fizycznie chrześcijan, ale jednocześnie zapobiec ich męczeństwu.

W 1637 roku miało miejsce słynne powstanie Shimabara, w którym to uciskani przez miejscowego daimyo mieszkańcy, zbuntowali się. Pod przewodnictwem owianego już legendą Tokisady Shiro Masudy (znanego bardziej jako Shiro Amakusa), trzymając w ręku chrześcijańskie symbole, poszli walczyć o lepsze jutro. Zajęli zamek Hara i stanęli w szranki z ponad stutysięczną armią szogunatu.

Początkowo generał wojsk oblężniczych starał się wynegocjować pokój, obiecując oszczędzenie niechrześcijan oraz obniżenie podatków. Mieszkańcy odmówili, zapowiadając, że zostaną jednością aż do samego końca. Nie mieli jednak szans. Za pokarm mieli już na końcu jedynie to, co leżało na ziemi, a za broń to, co akurat wpadło im w ręce. Dodatkowo armia japońska mogła liczyć na pomoc protestanckich Holendrów, którzy w zamian za korzyści finansowe, zgodzili się wystrzelać za pomocą armat swoich katolickich wrogów.

W trakcie trzydniowej rzezi zamordowano wszystkich mieszkańców, w liczbie 37 tysięcy (za wyjątkiem jednej osoby, artysty – Emosaki Yamady – który zdradził powstańców, ukazując szogunatowi ich pozycje).

W 1644 roku został stracony ostatni misjonarz. Był to symboliczny koniec misji chrześcijańskich duchownych w kraju samurajów.

Nie oznaczało to jednak, że w Japonii w ogóle nie było już chrześcijan. Mimo że chrystianizacja się zakończyła, w kraju prężnie działała społeczność, która wiarę w Jezusa wyznawała już od trzech pokoleń. Zeszli oni do podziemia i tam w ukryciu praktykowali chrześcijaństwo, w sposób, w jaki zostali nauczeni przez duchownych z Europy. Taka sytuacja utrzymywała się przez wiele lat.

Co pewien czas władze odkrywały liczące nawet kilka tysięcy grupy ukrytych chrześcijan, co prawie zawsze kończyło się dla nich tragicznie. Ich liczba sukcesywnie malała. Antychrześcijańska propaganda mimo lat wcale nie osłabła, nawet pomimo epoki izolacjonizmu, w jaki weszła Japonia. Przez odseparowanie się Kraju Kwitnącej Wiśni od reszty świata, chrześcijanie byli pozostawieni sami sobie. Przez wiele lat musieli żyć w ukryciu, gnębieni i uciskani.

W 1792 roku władze zlikwidowały urząd ścigający odstępców religijnych, bo ich zdaniem nie było już kogo ścigać.

Czasy izolacjonizmu po długim czasie skończyły się. W drugiej połowie XIX wieku w Japonii stacjonowały już porty, do których mogli przybywać cudzoziemcy. W 1858 roku USA (a rok później Francja) podpisali z japońskimi władzami traktat, który gwarantował im swobodę religijną na całym terenie kraju. W 1864 roku w Nagasaki stacjonował już nawet Kościół, nadzorowany przez Bernarda Petitjeana. Niedługo później francuski misjonarz, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, odkrył kilka grup japońskich chrześcijan. Informacja ta dotarła do ówczesnego papieża Piusa IX, który uznał to za cud.

Kolejny raz próbowano więc odnowić chrześcijaństwo w Japonii. Wysyłano duchownych, aby ci wprowadzili wiernych z powrotem do Kościoła. Kiedy rozeszła się wieść, że Zachód znów przysyła księży, ukryci wyznawcy Chrystusa poczęli się ujawniać. Kolejny raz wzbudziło to niepokój władz, które mimo ocieplenia stosunków ze światem, nadal nie zamierzały tolerować chrześcijaństwa. Uważali tę religię za wywrotową i obawiali się nieposłuszeństwa ze strony jej wyznawców. Tak więc, gdy ze strony chrześcijan pojawiały się pierwsze głosy sprzeciwu (nie chcieli oni na przykład brać udziału w buddyjskich uroczystościach), rządzący momentalnie zainicjowali kolejną falę prześladowań. Tym razem jednak, wierzący w Chrystusa mogli liczyć na pomoc Zachodu.

Czas wolności

Francja, gdy dowiedziała się o zaistniałej sytuacji, zagroziła porzuceniem wymiany handlowej, a nawet zbrojną interwencją (ta sama Francja, która teraz tak zawzięcie walczy z katolicyzmem). Pozostałe chrześcijańskie kraje również były oburzone. Japonia początkowo nie chciała uginać się pod szantażem, ale ostatecznie się poddała. I tak, w roku 1873 w Kraju Kwitnącej Wiśni zapanowała tolerancja religijna.

Na tym właściwie kończy się historia opowiadająca o tym, w jaki sposób próbowano uczynić Japonię chrześcijańską.

A co stało się z ukrytymi wyznawcami Jezusa? – tymi, którzy przez tyle pokoleń nie chcieli porzucić swojej wiary? Ich historia jest smutna. Przez trzy wieki ukrywania się, brak duchownych nauczycieli i izolację od świata, wypaczyli sobie obraz chrześcijaństwa w sposób tak rozległy, że tylko z połowa z około 60 tysięcy wróciła na łono katolicyzmu. Pozostali nadal praktykowali wierzenia i rytuały, które przyjęli od misjonarzy wiele lat temu. Do tego doszły jeszcze wpływy buddyzmu i shinto, które sprawiły, że stworzyli sobie oni nową religię.

Mówiąc o męczeństwie japońskich chrześcijan nie można również zapominać o tragicznych wydarzeniach z drugiej wojny światowej, a zwłaszcza z roku 1945, kiedy to na dzielnicę chrześcijańską w Nagasaki spadła bomba atomowa, zabijając 8500 osób – około 3/4 wszystkich wierzących. Łącznie przez całą wojnę Kościół utracił około 13 tysięcy wyznawców. To więcej niż przez cały okres prześladowań w Japonii. Powinniśmy więc pamiętać, że za upadek trzonu japońskiego chrześcijaństwa, jakim Nagasaki było z pewnością, odpowiedzialne są także Stany Zjednoczone.

Obecnie zaledwie około 1% Japończyków jest chrześcijanami. Mieszkańcy kraju samurajów wybrali laicyzm i zdecydowanie bardziej wolą się zajmować sprawami życia codziennego niż religią. Kościół katolicki mimo ogromu pracy, nadal nie jest w stanie przedrzeć się przez tamtejszą kulturę i przekonać Japończyków o prawdziwości Dobrej Nowiny. Jedno jest jednak pewne – żaden misjonarz nie zamierza się poddawać.

Komentarze: